O Bogu, zapatrywaniach, zmęczeniu i czerwonej kropli spływającego płynu

Wczoraj przyglądałam się swoim nadgarstkom – są szczupłe, prawie wychudzone.

Woda w wannie była bez charakteru. Nijaka, ni to ciepła, ni chłodna, ani mnie nie grzała, ani chłodziła. Beznamiętna, bezpłciowa, mętna. Ręce unosiły się na powierzchni tafli.

Kościste nadgarstki spoglądały na mnie z politowaniem, ciało krzyczało „dość!”, umysł znajdował się w surrealistycznej rzeczywistości.

Wczoraj przyglądałam się swoim nadgarstkom. Wczoraj przyglądałam się im. Wątłym, zmizerniałym nadgarstkom, z cienkimi, prawie wysuszonymi żyłami pulsującymi jeszcze. Znaczy, że żyję…

W chłodnej już, dalej tak samo mętnej wodzie spłynął czerwonawy płyn po nadgarstku. Spłynął dość szybko pozostawiając różowawy osad na skórze, w miejscu gdzie sprawdza się puls.

Szarość życia i czerwień płynąca z duszy. Czerwień płynąca z serca; ja krwawię. Dnia poprzedniego zmartwieniem byłam dla siebie. Dzisiejszego dnia wciąż się niepokoję. Bo nadgarstki nadmiernie mnie ciekawiły.

A o Bogu? Cóż, też ten wpis ma z Nim wspólnego? Boże… Przepraszam Cię za zmarnowany dar życia.

 KaterinaKatarós Mój Bóg mi wybaczy ten stan na pewno.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>